A A+ A++

Wywiad. Z potrzeby serca

Z Basią Stepniak-Wilk, poetką (jak sama o sobie mówi: raczej tekściarką), wokalistką i kompozytorką rozmawiali Anna Ostrowska-Lesiak i Tomasz Kuźmicz z MSHM.

6aa

Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego: Sama pisze Pani teksty swoich piosenek, ale zdarza się pani również komponować. Co podczas twórczego procesu pojawia się najpierw – słowa czy muzyka?

Basia Stępniak-Wilk: Bardzo długo udawało mi się pisać tak, że jak przychodziła mi jakaś fraza do głowy, to była to fraza słowno-muzyczna, nie pisałam najpierw słów, a potem do tego muzyki, ani odwrotnie. Natomiast w pewnym momencie zaczęto mnie prosić o teksty. Wcześniej nie chciałam nikomu ich dawać, bo wydawało mi się, że najlepiej będzie, jeśli zaśpiewam je sama. To nie było najlepsze podejście, ale długo odmawiałam takiego pisania. Zmiana nastąpiła dopiero, kiedy spotkałam Olka Brzezińskiego. Oczywiście i wcześniej zdarzały się pojedyncze epizody – napisałam tekst dla Lidii Jazgar; Marek Bałata śpiewa jakiś mój tekst… Dorota Ślęzak, Wanda Kwietniewska. Zawsze jednak pisałam dla innych niechętnie. Czułam się poetką… a raczej tekściarską, bo poetką nie czułam się nigdy…, która pisze z potrzeby serca, wtedy, kiedy ją coś dotknęło, kiedy coś przeżyła. Nie byłam tekściarką na zamówienie, której się mówi: „Napisz mi o chlebie, tekst potrzebny na pojutrze”. Nie podejmowałam takich wyzwań. Do dziś zdarza mi się to sporadycznie. Kiedy jednak z kompozytorem Olkiem Brzezińskim zaczęliśmy robić „Wieczory niePerwersyjne”, do mnie należało napisanie jedynie tekstu. To sytuacja dla komponującej autorki niewygodna, bo przygotowując słowa zawsze mam o utworze jakieś wyobrażenie, jakąś wizję. Współpraca z Olkiem była znakomita. Tak naprawdę tylko w przypadku jednego tekstu postawiłam veto, uznałam, że muzyka jest nieadekwatna do słów i kompozytor zaproponował mi nową wersję. Trudność polega więc na tym, że ktoś, kto sam też komponuje, ma jakieś oczekiwania co do rytmu, melodii i charakteru utworu.

MSHM: Dziś akurat śpiewała Pani wyłącznie własne teksty…

B.S.-W.: Zawsze śpiewam tylko własne teksty.

MSHM: Zawsze?

B.S.-W.: Poza epizodami na mojej macierzystej scenie krakowskiej, czyli scenie Teatru Loch Camelot, gdzie często śpiewaliśmy na przykład wiersze Tuwima czy Gałczyńskiego z muzyką Ewy Korneckiej, naprawdę bardzo rzadko zdarzało mi się śpiewać czyjeś teksty. Ale od jakiegoś czasu jestem już chyba gotowa, by śpiewać piosenki innych autorów i nie bać się, że je skrzywdzę. Nawet noszę się z zamiarem przygotowania programu m.in. z piosenkami obcojęzycznych autorów w polskich tłumaczeniach. Niedawno na koncercie galowym Międzynarodowego Festiwalu Bardów OPPA w Warszawie śpiewałam Zakochanych na ławce Brassensa.

MSHM: Gdzie szuka Pani inspiracji? Nie mówię o życiu, tylko o innych autorach. Którzy są pani najbliżsi?

B.S.-W.: Prawie każdy odpowiedziałby: „Kofta, Młynarski, Osiecka”. Ja jednak najbliżej jestem tego, co pisali Starsi Panowie, Jeremi Przybora. Nie żebym się w jakikolwiek sposób porównywała, ale uwielbiam zabawę słowem. Czasami niesie mnie rym i rytm. Męczy mnie natomiast każda linijka, która jest tylko przebiegiem myśli między elementami fabularnymi.

MSHM: A zdarza się Pani zapomnieć tekstu?

B.S.-W.: Takie rzeczy się zdarzają. Kiedyś bardzo to przeżywałam, teraz jestem już dużą dziewczynką. Do każdego występu podchodzę bardzo poważnie. Niektórzy mówią nawet, że zbyt poważnie. I traktuję swoich słuchaczy jak najlepszych gości, z ogromnym szacunkiem. Ale nauczyłam się też wybaczać sobie, jeśli coś się przydarzy. Specjalnie przecież nie popełniłam błędu, nie jestem nieprzygotowana, nie przyszłam specjalnie niewyspana, bo oglądałam do rana seriale. Poza tym bywam też widzem i wiem, że drobne potknięcia nie świadczą o całości występu.

MSHM: Uczestnicząc w Pani koncertach można odnieść wrażenie, że bawi się Pani występem razem z publicznością.

B.S.-W.: Nie nadużywałabym słowa bawić się. Ja nie zapytam podczas koncertu „czy państwo dobrze się bawią”. Ale ludzie nie przychodzą po to, żeby się męczyć, ani ja nie jestem tu po to, by męczyć się z publicznością. Chodzi o to, byśmy przeprowadzili rodzaj jakiejś rozmowy. Nawet jeśli słuchacze nie werbalizują swoich odczuć, widzi się spojrzenia, uśmiechy czy zadumę. To jest kontakt i ten kontakt musi być.

MSHM: Woli Pani duże koncerty, czy występy kameralne?

a wielkich stadionach nie śpiewałam, ale śpiewałam kilka razy na festiwalu w Opolu. Wolę jednak małe przestrzenie. Lubię kontakt z publicznością, mimo że to jest trudniejsze – doskonale widać każdy ruch, chrząknięcie, niedoskonałość. Nie znaczy to jednak, że nie lubię, jak przychodzi dużo ludzi.

MSHM: Czy zawsze, od pierwszych swoich występów na scenie, utrzymywała Pani w podobny sposób jak dziś kontakt z publicznością?

B.S.-W.: Nie. Albo robiłam to bardzo źle. Śpiewając, nie miałam nigdy problemu z byciem na scenie, ale kiedy musiałam coś powiedzieć, zawsze miałam straszną tremę i mi to nie wychodziło. I nawet jak zaczęliśmy z Olkiem Brzezińskim robić „Wieczory niePerwersyjne”, prowadzili je koledzy, i tylko pod ich nieobecność zmuszona byłam próbować „konferansjerki”. Kilka lat temu, kiedy byłam gościem Salonu Literacko-Muzycznego w Nowohuckim Centrum Kultury, tak „zagadałam” gospodarza wieczoru, że zaproponowano mi prowadzenie tych cyklicznych spotkań. Wydawało mi się mało prawdopodobne, bym umiała sobie poradzić, ale zaangażowałam się w to na sześć lat i zaczęłam to bardzo lubić.

MSHM: Scena i radio to główne obszary pani działalności. Ale ma pani na swoim koncie również książkę dla dzieci. Nie myśli pani o powrocie do takiej formy wypowiedzi?

B.S.-W.: Wiele osób mnie o to pyta, bo „Tulisia” była udaną książką, nagrodzoną w ogólnopolskim konkursie literackim. A czy wrócę do tego? Napisałam trochę wierszy dla dzieci, ale jak moje własne dzieci były mniejsze. Teraz już urosły. Myślę, że łatwiej pisze się dla takiego odbiorcy, którego się zna. Niby wszystkie dzieci są nasze i wszystkie są takie same, ale chyba bym już tego nie dogoniła, tych wszystkich misiów, zabaw i rozmów, które wyglądają jednak trochę inaczej, niż kilka, kilkanaście lat temu. Jestem już poza tym.

MSHM: Synowie idą w ślady mamy? Mają talenty muzyczne?

B.S.-W.: Starszy, Mateusz, w ubiegłym roku zagrał koncert dyplomowy w szkole muzycznej w klasie perkusji. Młodszy, Miłosz, czasem (ale częściej niż Mateusz) ze mną koncertuje, gra na cajonie, na ukulele. Jest w klasie perkusji. Chciałby chyba być wibrafonistą, ale ostatnio dużo ćwiczy na klarnecie.

MSHM: Jest Pani polonistką. Czy to wykształcenie ma wpływ na Pani warsztat literacki.

B.S.-W.: Kiedy znalazłam się na polonistyce, myślałam, że nauczę się tam pisać. Okazało się jednak, że do trzeciego roku było to przede wszystkim czytanie. Dziś chyba jest więcej kierunków i kursów, które umożliwiają naukę pisania – czy to scenariuszy, czy librett, małych form prozatorskich czy nawet wierszy. Ale nie jest bez znaczenia to, ile książek przeczytałam, ile wierszy „zinterpretowałam”. Każde doświadczenie rozwija i jest dobrą podstawą do budowania czegoś nowego, do pisania nowych piosenek także.

MSHM: Nie myślała Pani o innym repertuarze, niż ten, w którym się Pani specjalizuje, np. operowym czy operetkowym?

B.S.-W.: Skończyłam klasę śpiewu solowego w Szkole Muzycznej II stopnia im. Tadeusza Szeligowskiego w Lublinie i siłą rzeczy na dyplomie musiałam śpiewać Moniuszkę, Mozarta, Szymanowskiego i arie starowłoskie. Przypomniałam sobie o tym całkiem niedawno, kiedy podjęłam ryzyko zaśpiewania recitalu z bardzo chorym gardłem. Okazało się, że pewne rzeczy jestem w stanie zaśpiewać, ukryć mankamenty osłabionego głosu, że „warsztat” pomaga. Mam więc nadzieję, że potrafię korzystać z tego, że taką szkołę skończyłam, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy organizm jest w słabszej formie. Kiedy kolega ma katar, to – o ile nie gra na instrumencie dętym – jak się skoncentruje, nikt niedyspozycji nie zauważy. U mnie natomiast zaraz będzie to słychać – praca głosem jest pod tym względem dosyć niewdzięczna. Na szczęście nie jestem specjalnie chorowita.

MSHM: Wspominała pani, że jest gotowa do śpiewania tekstów innych autorów. Możemy więc spodziewać się zmian z tym związanych?

B.S.-W.: W każdym razie będę próbowała poszerzać swoje programy o piosenki, które lubię – innych wykonawców. Bliska mi jest piosenka francuska, czy też francuskojęzyczna, więc Brel, Brassens, Moustaki, Feré. Może rzeczywiście pójdę w tym kierunku. Zobaczymy.

MSHM: W takim razie czekamy. I życzymy powodzenia. Oczywiście zapraszamy na kolejne koncerty do naszego muzeum.

B.S.-W.: Było przemiło. Macie państwo fantastyczną publiczność, która słucha, reaguje, jest wrażliwa i pozwala wykonawcy świetnie się czuć. Bardzo dziękuję.

MSHM: Dziękujemy.