A A+ A++

Wywiad. Śpiewałem z babami po kościołach i z dziadami na pogrzebach

adam-strug-4_fotJacekPoremba

MSHM: Śpiewanie pieśni tradycyjnych to ścieżka, na której nie jest zbyt tłoczno. Jak Pan na nią wszedł – zdecydowało pochodzenie czy też była to decyzja podyktowana olśnieniem na pewnym etapie muzycznego rozwoju?

Adam Strug: Niewątpliwie jest to kwestia środowiska, z którego się wywodzę, które mnie ukształtowało. Między drugim a 15 rokiem życia mieszkałem w Łomżyńskiem, gdzie ton nadawała starszyzna urodzona pod koniec XIX wieku, a na pewno przed I wojną światową. Byli to ludzie zaawansowani wiekiem, ale jeszcze na tyle silni, by praktykować starą muzykę w formule, jaka była przekazywana nieprzerwanie w tradycji ustnej. Było to na tyle mocne doświadczenie, że gdy w latach 80. moi koledzy zakładali swoje pierwsze zespoły rockowe, ja nigdy się do takiej grupy nie przyłączyłem, a śpiewałem z babami po kościołach i z dziadami na pogrzebach. I to muzycznie różniło mnie od rówieśników. Jednocześnie można też mówić o czymś w rodzaju olśnienia. W tym sensie, że jest to muzyka, która, gdy człowieka dotknie, nic innego już mu nie smakuje. Byłem wielokrotnie świadkiem takich muzycznych nawróceń czy też olśnień właśnie. Przypomina to stany religijne. Muzyka jest potężnym medium i jeżeli wykorzystywana jest ku dobremu, może przynieść pożądane efekty. I odwrotnie – zła muzyka może wyrządzić wiele szkód. Jest takie zdanie u Platona „gdy upada muzyka, upada i państwo”. Myślałem kiedyś, że to jest przesada. Dziś tak nie myślę. Uważam, że muzyka jest miarą kulturowej żywotności społeczności, która ją praktykuje.

Podkreśla Pan, że jest śpiewakiem a nie piosenkarzem. Jaka jest różnica?

Różnica między piosenkarzem a śpiewakiem jest taka, że piosenkarz śpiewa to, co mu dadzą do ładnego zaśpiewania. Często działa w jakimś tandemie albo w trio – jest kompozytor, tekściarz i w końcu piosenkarz. Rzadko się zdarza, by w takiej grupie zrodziło się coś naprawdę scalonego. W związku z tym piosenkarz ma, że użyję slangu – przerąbane. Śpiewak jest w innej sytuacji. Śpiewa rzeczy przekazywane w tradycji ustnej, czyli opowiada od wieków tę samą historię – o miłości, o śmierci, o rozczarowaniu. I jeżeli dodaje coś od siebie, to mimowolnie. Śpiewając zawsze mówimy o sobie. Nasze doświadczenia życiowe, wewnętrzne, intelektualne przez śpiew prześwitują.

Jest więc Pan śpiewakiem, ale też kompozytorem i autorem tekstów. Czy pieśni tradycyjne mają wpływ na Pańską twórczość?

To w czym wzrastamy, czym muzycznie żyliśmy przez lata, przekłada się na typ kompozycji, którą uprawiamy, tyle że nie dzieje się to wprost. W moim przypadku niewątpliwie ma wpływ tradycyjna muzyka polska. Ale nie tylko polska, bo słucham też nałogowo muzyki bliskowschodniej. Zresztą widzę tu pewne zależności między muzyką polską a tą z Bliskiego Wschodu. Jest też tak, że gdybym był Irlandczykiem, Węgrem czy Rumunem, mógłbym żyć wyłącznie z muzyki tradycyjnej. W Polsce nadal muzyka tradycyjna nie cieszy się należnym jej uznaniem, z żalem stwierdzam, że nawet w środowiskach muzycznych. Chociaż to się powoli zmienia. 30 lat temu było zdecydowanie gorzej. Dzisiaj nie musimy już przynajmniej tłumaczyć, że nie jesteśmy wielbłądami. W każdym razie dopiero to połączenie, gdy mam dwa skrzydła – muzykę tradycyjną i autorską… ziarnko do ziarnka i zbiera się miarka, o którą chodzi. Nie oszukujmy się – to jest mój zawód, muszę być pragmatyczny.

Jest Pan przeciwnikiem współczesnych adaptacji muzyki tradycyjnej. Dlaczego?

Powód jest bardzo prosty. Większość, może nawet 99 procent adaptacji jest chybiona. Gdyby adaptatorzy zapoznali się wnikliwie z muzyką tradycyjną, nie powstawałyby ich adaptacje.

W innych krajach muzyka tradycyjna ma się lepiej niż w Polsce?

Jesteśmy rekordzistami, jeśli chodzi o apostazję kulturową, w tym muzyczną. Proszę spojrzeć na radiofonię krajów ościennych, czy w ogóle europejskich – wszędzie jest muzyka tradycyjna. U nas wygląda to tak, jakby nam zależało, by tantiemy płynęły za ocean. To jest nonsens. Horror kulturowy. Ale też brak wyczucia biznesowego. My nie stawiamy akcentu na własną kulturę, tylko nieustannie małpujemy. To stary proces, opisany już przez wieszcza: „Co Francuz wymyśli, to Polak polubi”. Dziś możemy trawestować: „Co Amerykanin polubi…”.

Zdaje się, że u nas muzyka tradycyjna często odbierana jest jako obciach.

O, tak. To typowo polski antagonizm między dworem a siołem, gdzie to, co wiejskie, uznaje się za upośledzone.

Od kilku lat regularnie pojawiają się Pańskie płyty, jak nie autorskie, to z muzyką tradycyjną. Czego możemy spodziewać się w najbliższym czasie?

W tym roku najprawdopodobniej ukaże się płyta z polifonią średniowieczną, ale szczegółów na razie nie zdradzę. Jeśli się ukaże, to pod koniec roku, powiedzmy na Gwiazdkę. A autorska płyta najprawdopodobniej w roku przyszłym.

A wznowienia wcześniejszych wydawnictw? Po rozmowach z publicznością wygląda na to, że bardzo by się przydały. Pańskie płyty znikają szybko i nie można ich dostać.

Jest dosyć prawdopodobne, że będzie wznowienie „Adieu”, czyli pierwszej mojej płyty sprzed lat siedmiu. A może należałoby się zastanowić nad wznowieniem wszystkiego…

Tego życzymy. Panu i słuchaczom. Dziękujemy za rozmowę.

Dziękuję.

Z Adamem Strugiem rozmawiali Anna Lesiak-Ostrowska i Tomasz Kuźmicz z MSHM