A A+ A++

Wywiad. Krzysztof Lasoń

Vołochów gościlismy 2 marca. Zagrali (i to jak?!) w wypełnionej po brzegi oranżerii, z każdym utworem coraz głębiej zapdając w pamięć słuchaczy. Po koncercie spotkaliśmy się na dłuższej pogawędce z jednogłośnie wytypowanym do tego zadania przez resztę zespołu Krzysztofem Lasoniem. Rozmowa potoczyła się właśnie tak…  

DSC_1660

MSHM: Niektórzy mówią, że połączenie klasycznego wykształcenia z muzyką ludową jest jak ogień i woda. Pamięta Pan, kiedy zaczęła w was kiełkować myśl, by dokonać tak nietypowej fuzji?

Krzysztof Lasoń: No, właśnie nie było takiej myśli. To wyszło zupełnie spontanicznie. Spotkaliśmy się swego czasu przy okazji mojego wesela. Oczywiście się polubiliśmy, ale dla nas to był przede wszystkim ogromny szok – usłyszeć zespół ludowy, który gra tak niesamowicie precyzyjnie… tak perfekcyjnie, że mógłby prowadzić zajęcia z kameralistyki, uświadamiając studentom jak można współgrać.  Olśnienie doprowadziło do przyjaźni, a przyjaźń do wspólnego grania, spontanicznie, dla przyjemności, bez myśli o stworzeniu zespołu z prawdziwego zdarzenia.

Zaskoczyła was doskonałość techniczna…

Nie tylko techniczna. Ale umiejętność wyrażania emocji w sposób perfekcyjny, profesjonalny.

Na czym właściwie polega trudność współpracy w sytuacji, kiedy spotyka się muzyk klasyczny z muzykiem ludowym?

Trudności oczywiście są, ale jest też moment, kiedy nie myśli się, co zrobić, nie układa się tego wcześniej, tylko zaczyna się współtworzyć. Wiadomo – górale mają specyficzny sposób wydobycia dźwięku, a my, muzycy klasyczni, uczymy się od nich tego, co nam w trakcie edukacji łatwo jest zgubić. Gramy dużo utworów, gam, etiud i w pewnym momencie granie staje się swego rodzaju sylabizowaniem, podczas gdy oni mówią pełnym zdaniem i jest to dla nich tak oczywiste, że przywraca istotę muzyki.

Gracie przede wszystkim własne utwory, ale nie powstają one w muzycznej próżni. Ile w waszej twórczości jest muzyki ludowej, powiedzmy – polskiej muzyki ludowej?

Każdy czuje to trochę inaczej. Na pewno słyszalne są różne wpływy, nie używamy jednak cytatów… w każdym razie bardzo, bardzo rzadko. Muzyka ludowa jest częścią naszego DNA, którego nie da się przekreślić, ale gramy coś własnego, powstającego czasem z bardzo różnych i odległych geograficznie impresji.

Macie na swoim koncie dźwięki, które można kojarzyć z muzyką szamańską. Mam na myśli choćby nienazwany utwór z Nomadismu.

Każda muzyka jest troszkę szamańska. To porozumiewanie się bez słów, docieranie do głębokich pokładów świadomości czy nawet podświadomości. Tym bardziej, że ta część, o której mówimy, jest sonorystyczna, nie gramy tam melodii. Są to raczej wydobywane z instrumentów efekty specjalne.

Dużo gracie koncertów?

Bardzo dużo. Zwłaszcza w końcówce zeszłego roku byliśmy już na granicy zmęczenia. Ale na ogół czerpiemy przyjemność z tego, że gramy i że koncertów jest dużo. Wydawałoby się, że powinno nas dopaść zmęczenie, znużenie, tym bardziej, że repertuar jest przecież podobny. A jednak każdy koncert jest inny. Publiczność sprawia, że muzyka, niby ta sama, jest w rzeczywistości za każdym razem inna, inaczej grana – obecność publiczności wszystko zmienia.

Macie mocno wypełniony grafik, ale poza Vołochami realizujecie też inne projekty. Jak sobie radzicie z tyloma różnymi zadaniami?

Są dwie szkoły. Zwłaszcza w muzyce klasycznej, ale myślę, że i w jazzie. Jedna z nich mówi, że nie powinno się łączyć różnych światów, bo traci się element czystości. Druga – przeciwnie. Że to właśnie daje bogactwo i pozwala w każdej dziedzinie rozwijać się bardziej. Kiedy gramy z chłopakami, powrót do muzyki klasycznej zawsze jest ciekawy. Staram się przekazać to, co kompozytor chciał opowiedzieć, trochę jak muzyk ludowy – czyli historię, a nie nuty, które widzę na kartce. Grając muzykę napisaną od początku do końca, gdzie każda nuta ma swoją głośność i długość, łatwo wpaść w niepewność i niepokój, że coś się nie uda. W takich sytuacjach to przebywanie w świecie, gdzie muzyka jest po prostu muzyką, opowieścią duszy, pozwala uspokoić się i zagrać z większą pewnością, a tym samym czyściej i precyzyjniej.

Opieracie się głównie na wcześniej już powstałym materiale, czy wciąż znajdujecie odrobinę czasu, by komponować nowe utwory?

Znajdujemy, znajdujemy. Chociaż jest trudno. Nasza trzecia płyta dopiero powstaje i jeszcze chwilkę to na pewno potrwa. Mam nadzieję, że ukaże się w tym roku. Gramy dziewięć lat, więc trzy płyty to raczej mało, ale to dlatego, że chcemy grać naszą muzykę, a trudno by powstawała ona w trasie, kiedy brakuje czasu, żeby spokojnie zjeść obiad, a co dopiero komponować… Wykorzystujemy te momenty, kiedy jest trochę spokojniej. Z drugiej strony fakt, że się stale przemieszczamy, też nas inspiruje.

A kto w zespole najwięcej komponuje?

Mój brat Staszek. Ale i Jan Kaczmarzyk. Zresztą każdy z nas już coś napisał. I oczywiście wszyscy współtworzymy. Kompozycja to jest zarys, który wymaga jeszcze poukładania. Ale melodie płyną głównie od Staszka.

Zbigniew Michałek mówił kiedyś, że jak każdy prawdziwy góral marzy o posiadaniu jachtu i chciałby dopłynąć nim do Chin. Udało mu się zrealizować to marzenie? Tak się składa, że ostatnio graliście w Chinach, ale jak tam dotarliście? Jachtem, czy jednak wybraliście linie lotnicze?

Nie słyszałem o takich marzeniach. Będziemy w takim razie pracować nad tym, by się ziściły.

A jak wspominacie występ przed belgijską parą królewską?

To było ciekawe przeżycie. Tym bardziej, że królowa belgijska, nie ta co prawda, tylko jej poprzedniczka, kojarzy się nam bardzo dobrze, bo jest twórczynią jednego z najważniejszych instrumentalnych konkursów muzycznych. To było miłe spotkanie, bardzo kameralne.

Wolicie takie małe sceny, czy nie ma to dla was znaczenia?

Każde miejsce ma swój urok. Bardzo lubimy takie koncerty jak dzisiaj, kiedy jesteśmy blisko i czuje się publiczność. Ale czasami, jak duża scena jest otoczona ludźmi, których jest bardzo dużo, to też daje wielką energię.

Czasem porównuje się was do 2 Cellos.

Też smyczki, więc podobna energia. I świetni muzycy. Tyle że my nie gramy coverów, tylko własną muzykę. Czasami się zdarza, że jesteśmy proszeni, jak przed królową, żeby zagrać coś znanego, w tym konkretnym przypadku belgijskiego, ale to są wyjątki i coraz rzadziej to robimy. Oczywiście granie utworów znanych powoduje od razu reakcję publiczności, ale z drugiej strony od razu ją ukierunkowuje.

Czyli nie myślicie o urozmaiceniu repertuaru cudzymi kompozycjami?

Nie chcemy tego robić. Oczywiście jest to bardzo popularne i wielu już robi to znakomicie. My jednak idziemy w inną stronę.

A nie planujecie płyty video?

Pewnie kiedyś przyjdzie taka chwila. Dawniej była mocna chęć, żeby coś takiego stworzyć. Wydawało się, że tylko obraz może przekazać czym jest koncert, ale okazuje się, że i video nie jest w stanie oddać wszystkiego.

Słuchając waszych utworów, wyłapuje się mnóstwo dźwiękonaśladownictwa. Słychać szum wody, wiatr, otwieranie drzwi itp. Czy komponując utwór, wiecie już jak on będzie się nazywał, czy najpierw powstaje muzyka, a potem tytuł, sugerujący temat?

Szczerze mówiąc w 90 procentach przypadków nazwa przychodzi później, i to w ciężkich bólach. To chyba najtrudniejszy element komponowania – wymyślenie tytułu.

Do lipca jesteście w trasie. Potem robicie sobie jakąś przerwę?

To wychodzi spontanicznie. Mamy ten problem, że zawsze rezerwujemy sobie wczasy w ostatniej chwili, bo do końca nie wiadomo, kiedy coś się może pojawić, a szkoda nam cokolwiek stracić. Jest pomysł na Koreę znowu, może Japonię, Australię. Sporo rzeczy dopiero się kształtuje, musimy więc być czujni, żeby wykorzystać wolny czas. Bo nie jest oczywiście tak, że nie mamy życia prywatnego.

Jest jakiś kraj, miejsce, gdzie chcielibyście pojechać, bo nie byliście albo byliście i chcielibyście wrócić?

Portugalia. Byłem tam jako turysta, ale mamy też pojechać z zespołem, co bardzo nas cieszy, bo tam jeszcze nie graliśmy. Grecja – tam też jeszcze nie byliśmy. Są przymiarki. Z tych, co już byliśmy, to Japonia – tam chcielibyśmy wrócić. Indie. I Nepal. Nie byliśmy też w Stanach Zjednoczonych. To wielkie miejsce, gdzie trzeba byłoby wjechać z większą trasą. Już były plany, ale chcieliśmy jeszcze popracować nad przygotowaniem na najwyższym poziomie, dlatego wstrzymaliśmy się, ale w przyszłości, mam nadzieję, to się uda.

Pan i pański brat występujecie również solo. Gracie wtedy muzykę klasyczną?

Tak. Klasyczną. Dużo muzyki współczesnej też gramy.

Kogo na przykład?

Ojca (śmiech). To jest kalejdoskop. Długi czas graliśmy, zdarza się to nadal, ale dużo rzadziej, w Orkiestrze Muzyki Nowej. Tam każdy tydzień, czy dwa razy w miesiącu był nowy program, z innymi kompozytorami. Zagraliśmy ich… nie wiem, ponad 200. To jest szaleństwo. Za każdym razem zupełnie inny świat. Wiadomo – muzyka współczesna nie zna barier. Są rzeczy bardzo różne. Przyjaźnie brzmiące. I bardzo nieprzyjaźnie. Wymagające pomysłowości. Jest to fascynujące. Granie muzyki współczesnej oddziałuje też na Vołochów, dzięki poszukiwaniu w instrumentach smyczkowych nietypowych brzmień. To właśnie smyczki mają największe możliwości wydobycia barw. Może nie da się zagrać tyle dźwięków na raz, ale pod względem różnorodności kolorów nie ma takiego drugiego instrumentu. To nas fascynuje i tym lubimy się bawić. W muzyce współczesnej i w Vołochach to jest dokładnie to samo.

Pan gra na skrzypcach, brat na wiolonczeli. Dlaczego akurat smyczki?

To pytanie do naszych rodziców. Tato zaczynał na skrzypcach, ale szybko poszedł w kierunku fortepianu. Mama też była pianistką. Wydaje się, że pianista zazdrości trochę skrzypkowi tego, że może dźwięk kształtować, może nim śpiewać. Oczywiście my czego innego zazdrościmy pianistom – choćby tego, że mogą imitować orkiestrę, podczas gdy skrzypce są instrumentem jednogłosowym.

W jakim wieku rozpoczęliście przygodę z instrumentami?

Pięciu-sześciu lat. Ale bez pośpiechu.

A który skrzypek czy wiolonczelista wywarł na was szczególny wpływ?

Każdego dnia to jest kto inny. I to nie tylko wiolonczeliści czy skrzypkowie. I nie tylko w muzyce klasycznej. To muzycy ludowi, jazzmani, rockmani. W każdym tygodniu fascynuje nas ktoś inny. Trudno więc byłoby wskazać jedną osobę, która była tą najważniejszą. To jest kalejdoskop, niosący ze sobą niesłychane bogactwo. Chociaż może ono być trochę niebezpieczne, bo w pewnym momencie można ogłupieć w tym wszystkim. Ale jednak to dobrze, że jest tylu świetnych wykonawców, którzy na różne sposoby mogą nas inspirować.

Przed wami koncert dla dzieci.

Tak. Właściwie to spektakl, w którym jesteśmy tylko pewnym elementem.

Graliście już wcześniej dla dzieci? Czym taki koncert różni się od występu dla dorosłych?

Bardzo lubimy grać dla dzieci. Świetnie reagują na muzykę. Naszym marzeniem jest, żeby grać trochę więcej, może nawet zrobić taką trasę – przejechać Polskę, grając dla dzieci.

Życzymy w takim razie spełnienia marzeń. I udanych tras koncertowych. Oczywiście wypoczynku również. I nowych płyt – i audio, i video.

Bardzo dziękuję.

Dziękujemy.

Z Krzysztofem Lasoniem, członkiem zespołu Vołosi rozmawiali Anna Ostrowska-Lesiak i Tomasz Kuźmicz z Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego.