A A+ A++

Wolę być sidemenem. Rozmowa z Dominikiem Wanią

Tomasz Kuźmicz, MSHM: Ma Pan wykształcenie klasyczne. Jaki ma to wpływ na podejście do muzyki i na samą grę?

Dominik Wania: Kolosalny. Bez tego nie wyobrażam sobie funkcjonowania jako pianista, nie klasyczny czy Jazzowy, ale jako muzyk w ogóle. Warsztat i literatura – to wszystko zostaje w głowie i w palcach, uwrażliwia na dbałość o szczegóły. Granie tylko muzyki jazzowej na pewno by mi tego nie dało. I ten aspekt niestety się pomija. Niewielu jest pianistów totalnych, takich jak np. Brad Mehldau, który gra też klasykę, choć nie pamiętam, czy on akurat ją studiował, choć pewnie tak, bo słychać czy ktoś ten dźwięk ma, czy nie; czy gra tylko na pół gwizdka, czy jest to rasowy „pianizm”, i to niezależnie od tego, jaką się wykonuje muzykę – improwizowaną czy klasyczną. Jak w przypadku instrumentu dętego musi być zadęcie, odpowiedni słup powietrza, tak i tutaj – musi być odpowiedni atak na klawiaturę. Tego nie da się zdobyć bez przerobienia warsztatu klasycznego, nie będzie się grało szerszą fakturą. Dla mnie klasyka jest rzeczą niezwykle istotną, na co zwracam uwagę swoim studentom – by byli pianistami, a nie tylko pianistami jazzowymi.

Klasyka jest więc dla Pana niezwykle istotna, ale realizuje się Pan w jazzie…

Zależy co mamy na myśli, mówiąc jazz. Raczej nazwałbym to muzyką improwizowaną. Szczególnie odkąd zacząłem grać z Maciejem Obarą, mocno otworzyłem się na granie bardziej free… nie mówię, że w pełni – bo mamy tu ustalone struktury, ale podejście do nich jest otwarte. Każdy utwór interpretujemy na tyle sposobów, na ile się da – za każdym razem inaczej. I w tym tkwi wolność, w tym sensie jest to free. Nie ma tu rzeczy atonalnych, bez formy, ale im mniej mi się narzuca, tym czuję się wygodniej.

Program Ravelowski (grany podczas koncertu w naszym Muzeum, przyp. aut.) napisany był dawno temu (kiedy pewne rzeczy postrzegałem inaczej) i pod wpływem grania zaaranżowanego, ułożonego. Formy są tutaj dosyć ściśle określone, mimo to staramy się wplatać jakieś elementy otwartych fragmentów, przy których możemy sobie pograć bardziej swobodnie.

Od wydania albumu Ravel minęło już trochę czasu. Później wspominał Pan, że woli być elementem zespołu, niż liderem. Czy coś się pod tym względem zmieniło? Nie tęskni Pan za w pełni autorskim projektem?

Projekt autorski będzie. Jestem świeżo po nagraniu płyty solowej, o której nie chcę jeszcze za wiele mówić. Została zarejestrowana dosłownie dwa tygodnie temu i wyjdzie zapewne na wiosnę, ale dopóki nie znam daty wydania, trochę się z tym ukrywam. Nie chcę tego rozdmuchiwać, żeby nie spalić czegoś, co jest dla mnie bardzo ważne, najważniejsze nawet – jeśli chodzi o moją zawodową działalność.

A czy nie tęsknię za byciem liderem? Nie wiem. Jak się gra solo, jest się odpowiedzialnym tylko za siebie, a lider składu, choćby takiego jak Trio, jest już odpowiedzialny także za kolegów. Zresztą najmniej stresująca jest tutaj warstwa muzyczna. Bardziej daje się we znaki logistyka – jak to wszystko ogarnąć, zgrać terminy. Jest to szczególnie męczące, jeśli nie ma się menadżera, osoby, która zajmie się sprawami przyziemnymi. W tym sensie wygodniej nie być liderem. Choć to nie znaczy wcale, że nie chcę projektu, z którym mógłbym jeździć, jak choćby z Trio. Ale ponieważ w planach jest płyta solowa, pewnie większość czasu będę poświęcał właśnie temu.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie chcę być wyłącznie liderem własnego projektu – po prostu lubię grać z ludźmi, z różnymi artystami, różną muzykę. To właśnie mnie inspiruje i napędza – że nie skupiam się tylko na swoim projekcie. To jest chyba najważniejsze. Wolę, a bycie pianistą daje taką możliwość, być sidemenem. Gorzej mają muzycy, którzy są instrumentalistami dętymi – albo są liderami własnego projektu, albo… no właśnie, z gościnnością bywa różnie, czuję się więc uprzywilejowany.

Lubi Pan grać z różnymi muzykami. Są wśród nich tacy… może chociaż jeden, który miał na Pana szczególny wpływ?

Na pewno każdy, z kim do tej pory pracowałem, wpływał na to, jak gram.  Taką postacią był np. Tomasz Stańko, z którym miałem przyjemność grać przez cztery lata. Obcowanie z tą muzyką, coś więcej niż tylko jej słuchanie, było dla mnie szkołą. A jej konsekwencją – moja współpraca z Maciejem Obarą, bo poznaliśmy się w zespole Tomasza Stańki. Tam przecięły się nasze szlaki. Teraz, siedem lat wspólnego grania z Maćkiem też rzutuje na to, jak postrzegam pewne rzeczy i co najbardziej odpowiada mi w graniu. A nie zawsze i nie ze wszystkimi da się to realizować, bo każdy ma inne zapatrywania, inne priorytety. Po drodze było oczywiście wielu wspaniałych muzyków i każdy swoją cząstkę gdzieś zaszczepił. Choćby Jacek Kochan, jako jeden z pierwszych – świetny perkusista, niedoceniany w Polsce, nad czym ubolewam, bo jego płyty są znakomite, z niezwykle świeżą, choć niełatwą w odbiorze, muzyką. Zbigniew Wegehaupt – specyfika jego muzyki, to, jak ją pisał – na pewno ma wpływ na rozwój języka harmonicznego, w którym się obecnie poruszam. Ziarnko do ziarnka. Każdy coś dorzuca, więc mógłbym długo wymieniać.

A zdarza się Panu szukać, albo nawet nie szukać, ale przypadkowo znajdować inspiracje w muzyce popularnej?

Szczerze mówiąc bardzo rzadko. Nie siedzę w muzyce popularnej, zwłaszcza tej, która jest obecnie lansowana i którą można usłyszeć wszędzie.  Jeśli w ogóle sięgam, to raczej po rzeczy starsze – lata 70., 80., może jeszcze trochę 90. Nie jest to jednak coś, w co się zagłębiam. Jest to raczej inspiracja brzmieniem, często specyficznym, rozpoznawalnym. Niektórzy mówią, że wtedy, gdy pojawiły się syntezatory, muzyka zaczęła się psuć, wszystko stało się mniej żywe. Ja natomiast dostrzegam tam pewne inspiracje. Jest to też trochę sprawa sentymentu. Lata 80. to czas mojego dzieciństwa. Coś zostaje w głowie, przyjemnie się kojarzy.

Za to muzyka klasyczna wciąż jest dla mnie inspiracją, i to nie dlatego, że analitycznie do tego podchodzę, słyszę coś i od razu próbuję to aplikować w graniu. Niekoniecznie. Bardziej na zasadzie wrażeniowej – przechodzi przeze mnie i gdzieś zostaje – jakiś rodzaj specyficznych współbrzmień.

Ma Pan też na swoim koncie elektroniczny epizod.

Miałem okres mocnego zainteresowania starymi syntezatorami. Nawet kilka kupiłem i mam je do dzisiaj. Ale nie przetrwało to próby czasu, w tym sensie, że dziś już w nich nie grzebię, mówiąc kolokwialnie. Dla mnie inspiracją jest fortepian. Jeśli mam dobry instrument, który swoją barwą, tembrem, tym jak potrafią brzmieć różne rejestry – jest interesujący  – to jest największa inspiracja. Fortepian akustyczny, którego nie eksploruję w kierunku preparacji – chcę uzyskać jak najpiękniejsze brzmienie, naciskając klawisze, bez grzebania w środku. Wszystko inne to tylko jakaś ciekawostka.

Plany na najbliższą przyszłość, poza albumem solowym, o którym już wspominaliśmy.

Jest wiele planów, bo z różnymi artystami nagrałem sześć płyt, które nie zdążyły jeszcze wyjść. Mam więc nadzieję, że stanie się to w przyszłym roku. Najważniejsze to kwartet Maćka Obary i promocja najnowszej płyty, która ukazała się miesiąc temu. Czekam też na sygnał z wytwórni, kiedy ukaże się solowa płyta. W tym wszystkim trzeba też znaleźć czas na rodzinę i działalność na uczelni. Na razie udaje się to wszystko pogodzić i oby tak było nadal.

To plany. A marzenia?

Dwa już się spełniły. Jestem członkiem kwartetu Maćka Obary, z którym wydaliśmy już drugą płytę. To było wspólne spełnienie marzeń całego zespołu, żeby zaistnieć w tej wytwórni (ECM – prestiżowa wytwórnia fonograficzna – przyp. aut.) i to udało się zrealizować po wielu latach ciężkiej batalii. A konsekwencją tego była możliwość nagrania także solowej płyty, co również było moim marzeniem. I to chciałbym utrzymać – być na tyle kreatywnym… nie żeby proponować wciąż coś nowego i wyjątkowo świeżego, bo to jest bardzo trudne – ale by być kreatywnym muzykiem, by różne inspiracje wciąż mnie napędzały do grania, do szukania nowych dźwięków. I to chyba tyle. Chciałbym, żeby kwartet Maćka przetrwał, bo jest to zespół, który daje mi najwięcej satysfakcji w tej chwili. I muzycznie, i personalnie, więc życzyłbym sobie, by ta współpraca trwała.

Powodzenia w takim razie. I spełnienia wszystkich marzeń.

Dzięki serdeczne.

Dziękuję.

Z pianistą Dominikiem Wanią rozmawiał Tomasz Kuźmicz.