A A+ A++

Tylko jeden dźwięk. Rozmowa z Jakubem Jakowiczem i Pawłem Wakarecym

Jakuba Jakowicza i Pawła Wakarecego gościliśmy w Muzeum 7 grudnia. Był to wieczór pod każdym względem udany. Artyści dali świetny koncert, publiczność dopisała (muzycy nie mogli sie nachwalić wyczucia i świadomości), a na koniec udało się nam jeszcze porozmawiać…

Tomasz Kuźmicz: Obaj panowie grają od dziecka, zapewne więc najwcześniejsze doświadczenia muzyczne mogą wam być znane tylko z opowieści. Ale chciałbym zapytać o te, które pamiętacie i które są dla was ważne, które stanowią swego rodzaju prywatną mitologię.

Jakub Jakowicz: Ja myślałem, że The Final Countdown zespołu Europe to najpiękniejszy utwór świata. Miałem wtedy kilka lat i nie znałem jeszcze ani Debussy’ego, ani Mozarta. To śmieszne, bo ja chowałem się w domu muzyków totalnie klasycznych, wręcz…

Paweł Wakarecy: …ortodoksów.

JJ: Tak. Ortodoksów wręcz. A tu telewizja połowy lat 80. To było tuż przed tym, jak zacząłem grać na skrzypcach.

PW: Ja nie mam takich mocniejszych wspomnień, jeśli chodzi o muzykę rozrywkową, aczkolwiek chłonąłem na pewno popkulturę wczesnych lat 90. – reklamy, programy dla dzieci… Mimo wszystko prosiłem zawsze mojego tatę, żeby puszczał mi na gramofonie preludia Rachmaninowa. Rodzice starali się też zabierać mnie na koncerty muzyki klasycznej. Zresztą mój stryj był wieloletnim dyrektorem Toruńskiej Orkiestry Kameralnej, później Symfonicznej – stąd miałem wejście na balkon vipowski i naprawdę wiele jako 6-10-letni chłopak mogłem chłonąć, co współgrało z moją fascynacją fortepianem.

TK: Zawsze był to właśnie fortepian? Nie było innych fascynacji?    

PW: Nie. U nas w domu stało pianino, więc siłą rzeczy wraz z umiejętnością chodzenia, mówienia i czytania pojawiła się umiejętność gry na instrumencie.

TK: Ze skrzypcami było podobnie?

JJ: Tak. Pochodzę z rodziny skrzypków – ojciec, mama, siostra…

TK: I nie pojawił się bunt? Skoro wszyscy skrzypce, to ja… będę grał na perkusji!

JJ: W zasadzie nie. Trąbkę bardzo lubiłem… ale szybko się okazało, że dobrze gram na skrzypcach. Czasami, żeby zachęcić dziecko do ćwiczenia, przekonuje się je, że jest w tym coś niezwykłego. A ja byłem takim właśnie dzieckiem – uważałem, że to jest wyjątkowe, inne od innych, super. W ogóle w moim domu skrzypce były takim fetyszem…

TK: Aż czterech skrzypków. A jak u pana wyglądała… sytuacja rodzinna?

PW: Bardzo intrygująca. Mój ojciec zawsze był muzykalny i grał na wielu instrumentach, ale jako samouk. Nie miał za sobą profesjonalnej edukacji muzycznej. Z kolei mama – przeciwnie. Nigdy nie miała ucha muzycznego, ale, paradoksalnie, była długoletnią dyrektorką Szkoły Muzycznej, a z wykształcenia – chemikiem. Tak się złożyło, że również mój brat obok ścisłego umysłu ma wszelkie symptomy amuzji, braku ucha muzycznego, swoją drogą to fascynujące właśnie z genetycznego punktu widzenia…

TK: Rodzice ukierunkowywali, „popychali” pana do grania, czy pasja przyszła niezależnie od zainteresowań ojca?

PW: Nigdy, na żadnym etapie rozwoju muzyczno-pianistycznego, nie czułem się do czegokolwiek popychany. Zachęcany – na pewno. Ale nigdy nie było to częścią metody wychowawczej, wiążącej się z czymś niekomfortowym. Oczywiście nie zawsze rwałem się do grania, do ćwiczenia. Wręcz przeciwnie – unikałem tego i kiedy tylko można było, wybiegałem na boisko czy robiłem wszystko inne, byle tylko nie ćwiczyć. Zamiłowanie do muzyki okazało się jednak na tyle silne, że to minimum ćwiczeń niezbędnych do osiągnięcia pewnego poziomu musiałem przejść.

TK: Zaczęliśmy od muzyki popowej i chciałbym do niej na chwilę jeszcze wrócić. Jaki mają panowie do niej stosunek? Czy może w jakiś sposób inspirować? Czy w ogóle słuchacie takiej muzyki dzisiaj?

PW: Na pewno ją słyszymy i nie wiemy, jaki ma wpływ na podświadomość, na naszą wrażliwość. Natomiast, jeśli mówimy o tej muzyce bardzo strawnej, łatwo ją wyprzeć. Jeśli ma się odrobinę woli i włoży się w to trochę wysiłku – można przestać ją słyszeć. Ja przynajmniej staram się nie zwracać uwagi; nie analizuję muzyki, która zewsząd mnie atakuje.

 TK: Jeśli można jej nie słyszeć, to przynajmniej nie drażni.

PW: Mnie czasami drażni z różnych powodów, jak w PKS-ie puszczają radio – reklamy i jakieś obrzydliwe rzeczy, i muzykę, której nie zamawiałem.

JJ: Mnie drażni to, że cały czas leci to samo. Jest masa niesamowitej muzyki, którą można by puszczać, a ludzie nie mają pojęcia o jej istnieniu.

TK: Mam wrażenie, że mimo że rozmaite treści (nie tylko muzyka) są dostępne, a my coraz sprawniej obsługujemy urządzenia i aplikacje, to wciąż mamy problem z wyszukiwaniem i selekcją.

JJ: To jest problem dzisiejszych czasów – nadmiar. Dlatego dobrze byłoby uczyć, np. w szkole, racjonalnej obsługi i podążania innymi ścieżkami niż prowadzą nas algorytmy, bo wydaje się nam, że w Internecie panuje wolność, a tak naprawdę jesteśmy prowadzeni za rękę. Jest tyle wspaniałej muzyki, nawet popu, choćby mainstreamowego, którego za bardzo nie słucham – ale to jest dużo wartościowsze od tych odgrzewanych kawałków, bazujących na powiedzeniu, że lubię muzykę, którą znam. I to jest przekleństwo, bo ludzie nie mają okazji rozwijać kanału audio. W kółko puszcza się to samo, niektóre utwory nawet lubię, ale nie chcę już ich słyszeć. Czuję, że po prostu szkoda mi czasu. Chciałbym poznać coś nowego. Wciąż odkrywam jakieś rockowe kapele, które podrzucają mi moi przyjaciele interesujący się rockiem. Oczywiście całej masy ciekawych rzeczy nigdy nie poznam, bo chcę i muszę poświęcać czas na klasykę, a bywa, że ma się już dość… lepiej wyjść do lasu i pospacerować w ciszy czy poczytać…

TK: W wywiadach obaj panowie wspominali o poczuciu dyskomfortu, gdy muszą polegać tylko na słowach. (Do Pawła Wakarecego) Przypominam sobie pański radiowy wywiad, podczas którego ktoś z widowni pochwalił pana elokwencję i zasugerował, że mógłby pan prowadzić własną audycję, na co pan odpowiedział, że to tylko tak wygląda, że czuje się pan doskonale, tymczasem koszt emocjonalny jest niezwykle duży.

PW: Tak. Mam świadomość bycia nie do końca kompetentnym w obsłudze języka mówionego. W porównaniu z językiem muzyki język semantyczny jest niesłychanie ograniczony, jeśli chodzi o sposób opisywania bardzo skomplikowanych i poniekąd pierwotnych stanów wyobraźni i stanów emocjonalnych. Oczywiście są to dwie różne materie. Język muzyki nie jest zrozumiały dla każdego w ten sam sposób i w zależności od odbiorcy może poruszać inne struny, nie przekazuje precyzyjnych informacji. I kiedy poświęcamy mu całe życie, ucząc się wynajdywać te emocjonalno-wyobrażeniowe przekaźniki – gdy przyjdzie wypełnić podobne zadanie przy użyciu słów, to człowiek zdaje sobie sprawę jak bardzo jest niedoskonały. Aczkolwiek przy pracy nad wysławianiem się i ogarnianiem swoich myśli dużo daje pedagogika.

TK: (Do Jakuba Jakowicza) Podpisuje się pan?…

JJ: O, tak. Paweł wyczerpał temat. Mówi, że nie umie mówić, a powiedział to naprawdę bardzo pięknie.

PW: Oczywiście jest wielu muzyków, którzy wspaniale prowadzą audycje radiowe i świetnie realizują się w szermierce słownej. To nie jest reguła, że jak się poświęca życie muzyce, to nie umie się mówić. Każdy jest inny.

TK: Ale chyba dosyć często muzycy zostają pedagogami.

PW: Tak, ale to już studentów należałoby zapytać, jak jest z komunikacją.

JJ: Ja w tym kontekście myślę o dyrygentach. Można to zaobserwować, kiedy tą samą orkiestrą dyryguje student, a po nim wchodzi jakiś stary wyga. I nic nie mówi. Tylko pokazuje. A jaka jest różnica – muzyka płynie. To są właśnie rzeczy, których nie da się wysłowić…

PW: gdyby przyszło do analizy, dlaczego tak się dzieje, to znaleźlibyśmy jakieś racjonalne wyjaśnienie. Wszystko jest wytłumaczalne, tylko czasem po co tłumaczyć, można zachować tę szczyptę magii.

JJ: Zwłaszcza, że ten jeden gest albo jeden dźwięk, który gramy – jest kwestią 30-letniego treningu. Wydaje się, że to niesłychanie proste, banalne, ale składa się na to wiele czynników. To jest magia.

PW: Teoretycznie jest nieskończona ilość możliwości, by wykonać jeden dźwięk. Już to podpowiada, jak trudna jest sztuka interpretacji – jak to zrobić świadomie, by nie było w tym losowości? Czy w ogóle można to wszystko wymierzyć? No, właśnie – nie. Ale jesteśmy w stanie nad tą nieskończonością zapanować za pośrednictwem sterowania wyobraźnią i emocjami, które w nasze jestestwo są wdrukowane dużo głębiej niż racjonalizm i analityczne podejście.

TK: Zastanowiła mnie podczas dzisiejszego koncertu pauza (pojawiła się kilkukrotnie i była zauważalnie długa). Czy powinna ona być zawsze taka sama, czy przeciwnie, jest za każdym razem inna, a jeśli tak, to od czego to zależy?

PW: Nigdy nie jest taka sama. Jest wiele rzeczy, które robimy na estradzie pod wpływem chwili, wiele decyzji podejmujemy w ułamku sekundy, czasem jest to jakieś ryzyko. Tak jak aktor, który coś deklamuje – ma do dyspozycji pauzę. I kiedy czuje, co wynika z obserwacji lub docierających do niego bodźców, że publiczność jest niezwykle podatna na pewne efekty, wtedy je wykorzystuje. Jest to trik wykonawczy, który może podnieść emocje na wyższy poziom. I chyba nam też zdarza się tak robić. To są rzeczy, których nie ćwiczymy na próbach, nie omawiamy – rozumiemy to bez słów.

JJ: Poza tym jest różnica, gdzie się gra. Np. dzisiaj, gdybym nie był doświadczony, pomyślałbym, że nie umiem grać. To, co ćwiczyliśmy wcześniej, bo mieliśmy próby w tym tygodniu – to nagle przestało działać, bo zupełnie inaczej słyszę, dźwięk jest dłuższy. Ten element może zaskoczyć i onieśmielić, bo tu akustyka jest taka jak w kościele. Z czasem jednak człowiek się uczy podejmować z zastaną rzeczywistością jakąś grę. To, co przygotowaliśmy, dopiero tutaj nabiera realnego kształtu. Jak drużyna piłkarska – ćwiczy, trenuje, ale dopiero na meczu się okazuje, co piłkarze są w stanie zrobić. To jest właśnie fascynujące. Te utwory grano już tysiące razy, ale zawsze jakby od nowa.

TK: Schodząc już ze szczytów na ziemię, zapytam o świat pozamuzyczny, bo zapewne nie tylko muzyka wypełnia wam życie: jakie mają panowie inne pasje – sport, zbieranie znaczków?

JJ: Dobrze pan trafił, bo jesteśmy muzykami, którzy mają sporo zainteresowań pozamuzycznych. Co prawda nie biegam, ale dużo było biegania w moim życiu; książki… w góry lubię jeździć (nawet w Himalajach byłem), a przedwczoraj graliśmy sobie w piłkę. Trudny mecz. Paweł gra często, ja trochę rzadziej, więc było to spore wyzwanie. Poza tym jestem mężem… co prawda Paweł też jest mężem, ale ja mam dwójkę dzieci i głównie właśnie dziećmi teraz się zajmuję.

PW: Ja różnymi rzeczami się parałem w życiu. Innymi niż mainstream muzyczno-zawodowy. Od dziecka – piłka, teraz też – dwa razy w tygodniu staram się grać. Od jakiegoś czasu mocno wniknąłem w temat kawy. Do tego stopnia, że w piwnicy zrobiłem palarnię.

JJ: Paweł jest znany z tego w kręgach muzycznych.

PW: Tak. Z tego, że prowadzę podziemną dystrybucję ziaren… z różnych stron świata.

TK: Kupuje pan niepaloną?…

PW: Tak, kupuję niepaloną kawę z różnych miejsc, klasy Specialty, która uwypukla szczególne właściwości kaw z określonych krajów. To fascynujący świat, bardzo urozmaicony pod względem doznań, doświadczeń, metod spożycia, parzenia…

TK: A jaki jest pana ulubiony sposób parzenia? 

PW: Metody przelewowe albo zalanie grubo zmielonej kawy. To mówi prawdę o ziarnie, bo jak mamy ekspres, dochodzi ciśnienie i kilka innych zmiennych, wtedy różne składowe aromatów są sztucznie podbijane lub ukrywane.

TK: Obiecałem, że nie zajmę panom dużo czasu, spytam więc jeszcze tylko o plany na najbliższą przyszłość?

JJ: Styczeń będzie trochę luźniejszy. W marcu gram koncert Beethovena – świętujemy urodziny kompozytora. Zapraszam, bo to ważny punkt programu muzycznego. Z Pawłem coś mało gramy, musimy nad tym popracować…

PW: …Właśnie… Na razie przyszłoroczny kalendarz zapełnia mi się powoli (wywiad przeprowadzony w grudniu – przyp. aut.), zwykle w ostatniej chwili odbieram telefony. Ale czeka nas kilka ciekawych projektów. Niedawno wraz z szóstką młodych pianistów uruchomiliśmy w Bydgoszczy Katedrę Fortepianu – Six Pianos. Planujemy kilka koncertów. Poza tym 2020 to Rok Beethovenowski, więc i u mnie zapowiada się parę wydarzeń z tym związanych.

Z Jakubem Jakowiczem i Pawłem Wakarecym rozmawiał Tomasz Kuźmicz.

Fot.: Pawła Wakarecego – źródło – Profil FB artysty; Jakuba Jakowicza – źródło: Tetrt Wielki, aut. M. Mulawa.